17/08/2009
Freestyle Records czyli perły z funkowej piwniczki
[PL]
Założona pod koniec 2003 roku przez Adriana Gibsona, znanego didżeja i promotora Jazz Cafe, najsławniejszego funkowo-jazzowego klubu w Londynie, wytwórnia Freestyle Records szybko stała się jednym z najbardzej znanych europejskich labeli, promujących seksowny styl funky, jak i nu afrobeat.
Pomimo tego, że w krajach Europy Wschodniej wciąż przewagę nad wszystkimi innymi trendami muzycznymi, kształtującymi styl życia nocnego stanowią house, drum'n'bass, trance i elctroclash – gatunki na wskroś elektroniczne, w Wielkiej Brytanii od prawie dziesięciu lat tradycyjny klabing znajduje się w odwrocie.
W dużej mierze dzieje się tak na skutek szperania przez londyńskich didżejów i kolekcjonerów płyt winylowych w perełkach klasycznych gatunków muzycznych tj. funk, soul, reggae, afrobeat, jazz-dance, a ostanimi czasy nawet 60's garage. To właśnie dzięki jednemu z nich, Adrianowi Gibsonowi powstała ponad cztery lata temu wytwórnia Freestyle Records, zgodnie określana przez funkowo ukierunkowanych didżejów z całego świata jako jedna z najlepszych, współczesnych stajni muzycznych, promujących funk i soul, nie zapominająca jednak w zasadzie o żadnym gatunku, w którym mocny akcent kładzie się na taneczny groove.
Wytwórnia wypuściła w ciągu dwóch pierwszych lat swojego istnienia prawie pięćdziesiąt albumów, z tego prawie 30 zostało wytłoczonych na 12'' singlach, które wskoczyły w charakterystyczne brązowe okładki. Wśród nich znalazły się płyty nowojorskiego kolektywu Kokolo, grającego goracy afrobeat oraz ich muzycznych braci z Kanady, grupy Afrodizz. Nie można także zapomnieć o kolejnej muzycznej maszynie, soulfunkowym projekcie Soulive, disco funkowym JTQ z gościnnym udziałem Roya Ayersa oraz The Society, zespole łączącym najlepsze tradycje latynoskiego jazzu z czarnym, rozbujanym funkiem.
Oprócz wydawania przeznaczonych głównie dla didżejów singli 7'' i 12'', Freestyle Records promowało na swoich kompilacjach z remiksami zjawisko, które wkrótce miało stać się znane powszechnie jako nu funk. Jedną z pierwszych tego typu kompilacji był album „Freestyle Remixed”, na którym znalazły się utwory Reggiego Wattsa, Afrodizz, Kokolo, Speedometer, Los Cabrones i innych artystów, zremiksowane m.in. przez takie sławy, jak Beatfanatic, Richy Pitch i Moonstarr.
W ciągu dwóch następnych lat zainteresowanie Adriana Gibsona wydawaniem kolejnych niepowtarzalnych produkcji stale się zwiększało, co zaowocowało dokoptowaniem do stajni wielu znakomitych postaci soulfunkowej, jazz-dance'owej i afrobeatowej sceny muzycznej, jak też doskonałych hiphopowych didżejów.
Wśród wydanych do końca 2007 roku produkcji znalazły się albumy takich mistrzów turntablismu, jak DJ Yoda czy DJ Spinna. Doszły też kolejne funkowe gwiazdy, znakomity zespół The Apples, kolektyw Jazzanova, trio Afro Elements czy muzyczny wirtuoz i znakomity didżej, nadzieja brytyjskiej sceny, Lack Of Afro. Jego debiutancki album, „Press On”, tuz po swoim wydaniu narobil wiele szumu w Wielkiej Brytanii, gdyż chłopak nie skończył jeszcze 26 roku życia, a z bomby stal się wyznacznikiem nowego, funkowego stylu.
Oficjalna strona: Freestyle Records
[Wiecej takze w Magazynie Magivanga]
Labels:
afrobeat,
British labels,
Freestyle Records,
hard funk
14/08/2009
Este ritmo es africano...

[PL]
Parszywa jedenastka z Brooklynu, znana jako Antibalas, należy do najbardziej twardych kontynuatorów muzycznej linii Feli Kutiego. Od swojego powstania w 1997 nagrywają afrobeat w sposób, którego nie powstydziłby się sam ojciec chrzestny. Pochodzą z Nowego Jorku, więc w ich muzyce niemal zawsze odzywa się gorąca, międzykulturowa fuzja, w której słychać zarówno inspiracje latynoskie, afrykańskie, jak i wyraźny głos amerykańskiego jazzu. Fela spotyka się u nich często z Eddiem Palmierim, a Peter King z Hectorem Lavoe... który jest bezpośrednią inspiracją 12'' singla Che Che Cole, będącego oficjalnym hołdem dla niego samego – wielkiej legendy muzyki latynoskiej.
Che Che Colẻ to pamiętny, latyno-afrykański killer, nagrany w 1969 w Nowym Jorku, oryginalnie skomponowany przez Williego Colona i wyprodukowany przez Johnny'ego Pacheco, a zaśpiewany przez samego Hectora Lavoe – uważanego za jeden z najgłębszych głosów amerykańskiej sceny latino. Oparty o prosty rytm, pochodzącej z Ghany wyliczanki dla dzieci, zaśpiewany po hiszpańsku numer, został przez Antibalas potraktowany honorowo i jednocześnie zwrócony korzeniom.
Na stronie A singla dostajemy cover Che Che Cole, oparty na oryginalnym rytmie Colona i Pacheco wraz z jego wersją instrumentalną – obydwie idealnie sprawdzą się na parkiecie. Strona B temu samemu numerowi daje zaś zupełnie nowe ciało. W miksie użyto, pochodzacego z Kamerunu, synkopowanego rytmu makossa, który wypchnął numer do przodu podkręcając tempo, a jednocześnie zmieniając go nie do poznania. To tak jakby Mercedesowi S klasy dać silnik Lamborghini!
Nowa aranżacja przeobraziła stary hit we współczesny killer, który zamienia taniec w czysty, korzenny trans. Afrykańska rytmika tego kawałka budzi martwych do życia – Bosco Mann po raz kolejny okazuje się współczesnym szamanem! Drugi kawałek na stronie B, to sam soczysty rytm (du-du—du-dum-dum). W obydwóch wersjach wokalnych charakteru nadaje im przede wszystkim piękny głos Mayry Vegi, który został fantastycznie zmiksowany z muzyką i dzięki ciepłej produkcji dodał jej gorących, seksownych wibracji! To bez wątpienia jeden z najepszych singli, jakie zostały wydane przez Daptone Records!
Antibalas Afrobeat Orchestra - Che Che Cole – Daptone Records – 12'' (DAP-12001) – USA, Czer 2003
Ocena: 9/10
Aktualna cena: £8-20
[EN]
Dirty eleven from Brooklyn, NY, known as Antibalas, are one of the hard line continuators of Fela's music line. Since their formation in 1997 they've been playing afrobeat in a way, which the godfather would be proud of. Coming from one of the biggest melting pots of multiculturalism in the world they are deeply into fusion of African sound with raw funk backed with American jazz tradition. In their music Fela meets Eddie Palmieri and Peter King clashes with Hector Lavoe... who became eventually a direct call for recording Che Che Cole cover – first time they crossed hot latino vibes. The single is about memory and giving honour to the legend of latino music.
Che Che Cole is a real latino-african killer, recorded in 1969 in NY, originally composed and arranged by Willie Colon, produced by Johnny Pacheco and sung by Hector Lavoe himself – still remembered as one of the deepest voices of American latino revival. Tune based on a simple rhythm of children's play from Ghana, sung in Spanish, has been treated with full respect by Antibalas, who made utmost effort to bring it back to the roots.
On side A we get Che Che Cole cover, based on an original rhythm by Colon and Pacheco with following, instrumental version – both will seed up a fever on the dancefloor. Side B gives that tune a whole new body. Che Che Cole has been mixed on a basis of syncopated makossa rhythm from Cameroon, which pushed it forward screwing up the tempo and changed into something completely insane. It's like Mercedes has been tuned up with Lamborghini engine!
New arrangement turns old buster into modern killer changing the dance into pure, tribal trance. African rhytmics of this track can wake up the dead – Bosco Mann once again proves to be a modern shaman! Following track on side B is a juicy makossa rhythm itself (du-du—du-dum-dum). Both versions are genuinely uplifted by stunning Mayra Vega's voice, perfectly mixed with instrumental lines and produced with hot touch to make evberybody sweaty. It's without doubt one of my favourite singles, which came out from Daptone Records!
Antibalas Afrobeat Orchestra - Che Che Cole – Daptone Records – 12'' (DAP-12001) – USA, Jun 2003
Rating: 9/10
Current price: £8-20
[Wiecej takze w Magazynie Magivanga]
20/07/2009
Poławiacze muzycznych duchów

[PL]
Ostatnie kilka lat to prawdziwy przewrót w odgrzebywaniu zapomnianych brzmień z całego świata, głównie z Afryki i Ameryki Łacińskiej, który rozpoczęli wiecznie głodni nowości, brytyjscy didżeje klubowi. Wyczuwając zmęczenie sceny monotonnością wtórnych, elektronicznych produkcji, wielu z nich zaczęło poszukiwać czegoś świeżego, wciąż nie wyeksploatowanego przez przemysł muzyczny. W efekcie, dalekie podróże pozwoliły na przywrócenia światu wielu zapomnianych pereł, które znalazły swoje miejsce na znakomitych kompilacjach.
Russ Dewbury to jeden z najbardziej interesujących didżejów, stojących za odrodzeniem potężnych i dynamicznych brzmień Afryki Zachodniej. Zamieszkały w Brighton, ze swoimi jazzdance'owymi i acid jazzowymi setami startował około 1986 roku, gdy wszędzie wokół eksplodował rave i acid house, zmiatający ze sceny imprezy rare groove, na których grano funkowe numery z lat '70. W swoim towarzystwie Russ miał m.in. Gillesa Petersona (twórcę samego terminu acid jazz) i Baz Fe Jazza, z którym skompilował mało znaną składankę, „Club Class – A New Attitude” (1990). Gdy na początku lat '90, brytyjska scena house stopniowo przeobrażała się z podziemnego zjawiska, w masowy produkt, służący sprzedaży koszulek, kosmetyków i napojów energetyzujących, jego zainteresowania zaczęły dryfować powoli w kierunku dynamicznego afro-funku, afro-rocka i afrobeatu, gatunków właściwie nieznanych szerzej w Europie.
W 1997 umiera na powikłania związane z AIDS jeden z największych wizjonerów muzyki afrykańskiej i jeden z największych geniuszy muzycznych XX wieku, Fela Kuti. W tym samym roku powstaje w hołdzie dla jego twórczości grupa Antibalas Afrobeat Orchestra w Nowym Jorku, który przechodzi również w tym samym okresie potężny nawrót zainteresowania latynoską muzyką taneczną. W didżejskich setach po dłuższej przerwie ponownie gości Joe Bataan ze swoją rewolucyjną salsą, Eddie Palmieri ze swoim latynoskim jazzem czy mistrz mambo, Tito Puente – jeden z najbardziej rozchwytywanych dzisiaj artystów na 7'' singlach.
Niedługo później brytyjska wytwórnia Harmless, sublabel Demon Music, wypuszcza pierwszą afrykańską kompilację, stworzoną przez Russa Dewbury'ego. Jest nią „Africafunk: The Original Sound Of 1970s Funky Africa” (1998). Wśród wielu kawałków zostają na niej wydane: pełny furii „Expensive Shit” Feli Kutiego, opętańczy „African Battle” Manu Dibango oraz absolutny taneczny killer, „Ajo”, autorstwa Peter Kinga. W ten sposób do grona maniaków muzycznych dociera wiadomość o ponownym odkryciu jednego z najbardziej niszowych rozdziałów muzyki XX wieku.
Jak mówi nam Matt, jeden ze znanych w Londynie didżejów funkowych: - Otworzyło to zupełnie nowy rozdział w grzebaniu w winylach. Okazało się, że dynamiczne, oparte na plemiennych rytmach utwory, biją na głowę większość ze współczesnych, klubowych produkcji. Oczywiście natychmiast zaczęło się remiksowanie i poszukiwanie kolejnych skarbów.

W 2002 zostaje zawiązany w Brighton label Soundway, który startuje z kopniaka wraz z wydaniem swojej pierwszej, znakomitej kompilacji, „Ghana Soundz” (2002). Kompilacja ta zostaje wytłoczona zarowno na CD, jak też na dwóch tłustych winylach. Wśród wielu bezcennych kawałków możemy na niej znaleźć m.in. „Mother Africa” legendarnego zespołu Marijata czy gorący węgielek, „Heaven”, pozostawiony w spadku potomności przez jednego z najwybitniejszych muzyków z Ghany, Ebo Taylora, który przez długi czas przebywał także w Londynie. Na płycie, korzenny afrobeat (często nie znający nawet współczesnej perkusji, a oparty wyłącznie na plemiennych bębnach), przeplata się z rozbujanym afro-funkiem, by sięgać także do highlife i afro fusion. Dźwięki z „Ghana Soundz” są tak rozbuchane, że nie dają spać wielu didżejom, powstają więc w następnych latach, jak grzyby po deszczu kolejne kompilacje.
Jak mówi ojciec wytwórni Soundway, Miles Cleret, DJ i muzyczny poszukiwacz, który spędził w Ghanie dwa lata tylko po to, żeby odnaleźć to co najcenniejsze w dziedzictwie tego kraju. - Najgorszy był fakt, że większość płyt, które udało mi się znaleźć, była kompletnie dorżnięta. Nie jest to jednak dziwne, jeśli wziąć pod uwagę kilka faktów. Po pierwsze, mieszkańcy Ghany mają wielki apetyt na muzykę i puszczają ją cały czas przy każdej okazji. Po drugie, w Afryce jest niewyobrażalnie gorąco, jest dużo pyłu i wilgoci, więc winyl niszczeje. Po trzecie, nie ma tam uczucia nostalgii za przeszłością, więc ludzie po prostu pozbywają się swoich winyli. Ciężkie zadanie, całkowicie się jednak opłaciło.
Niedługo później Soundway nadchodzi z drugą częścią kompilacji muzyki z Ghany, następnie składanką „Afro Baby” z muzyką nigeryjską, by w końcu dokonać skoku w drugą część świata i wydać znakomitą kompilację, „Panama! Latin, Calypso and Funk on the Isthmus 1965-75” (2006), która została stworzona przez Milesa Clereta bardzo podobną metodą co jego pierwsze dzieło. Na płycie można usłyszeć, jak latynoamerykańskie wpływy krzyżują się w Panamie z historią muzyczną Karaibów. Pierwsze skrzypce wygrywa tu calypso oraz latynoskie kawałki, zdominowane przez metaliczne brzmienie... krowiego dzwonka, który na Panamie był przez długi czas ważniejszy niż sekcja dęta.

Pod koniec stycznia 2008 Soundway rzuca na rynek kolejną, doskonałą kompilację w dwóch częściach, „Nigeria Special: Modern Highlife Afro-Sounds & Nigerian Blues 1970-76”, tropiąca bardziej tradycyjne oblicze muzyki nigeryjskiej, dzięki którym poznajemy bohaterów klubowych koncertów z Lagos, na które uczęszczała sama elita. Tymczasem w ślady Milesa Clereta i innych idą już kolejni, w tym założyciel niemieckiego labela, Analog Africa – Samy Ben Redjeb, który przegrzebując zaplecza starych sklepów muzycznych w Beninie trafia na prawdziwy skarb. Jest nim Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou, perła Afryki Zachodniej zagrzebana pod grubą warstwą mułu.
Selekcja singli 7'' i taśm matek skutkuje w postaci trzech, jak do tej pory, kompilacji... o nich oraz o innych wielkich płytach z Czarnego Lądu, przeczytać będziecie mogli oczywiście na moim blogu już wkrótce. Stay tuned!
[Wiecej takze w Magazynie Magivanga]
Subscribe to:
Posts (Atom)